Chemii kupnej ubywa powoli ale mnie się nie pali.
W międzyczasie zrobiłam pastę z sody i szarego mydła, według przepisu pani Ewy z Zielonego zagonka, która mi wystarczy na rok jeśli się nie podziele. Czyści pięknie ale tę sodę też trzeba spłukać, więc do płytek i kabiny wolę jednak mój mix octowy.
Mix opracowałam na dwa sposoby. Pół na pół z ciepłą wodą, plus kilka kropel olejku eterycznego, lub zalewam w słoiku skórki po cytrusach i dopiero po kilku dniach doprawiam z wodą.
I tak śmierdzi - i tak nic mnie to nie obchodzi. Ważne, że się nie duszę.
Do kuchni, zwłaszcza gdy rodzina w zasięgu węchu, zrobiłam płyn na bazie ciepłej wody z kwaskiem cytrynowym. Do tego kilka kropel olejku mandarynkowego, mały zraszacz i dwie lniane ściereczki, które mam w schedzie po babci. Kuchnia czysta, a ja w krótkim czasie wolna jak dzikie prosię.
Własne dziecko namówiłam na piling z fusów od kawy, zmieszanych z olejem kokosowym nierafinowanym. Dziecko zachwycone. Piling można urozmaicać według uznania cukrem trzcinowym lub solą morską, w zależności w jakim smaku życzycie sobie być wieczorem :)
Dodatkowo zapadłam ostatnio na kosmetyki mineralne. Na razie jestem w fazie testów, jak znajdę świętego graala to się podzielę zachwytem.