sobota, 12 maja 2018

Powolne postępy

Chemii kupnej ubywa powoli ale mnie się nie pali.

W międzyczasie zrobiłam pastę z sody i szarego mydła, według przepisu pani Ewy z Zielonego zagonka, która mi wystarczy na rok jeśli się nie podziele. Czyści pięknie ale tę sodę też trzeba spłukać, więc do płytek i kabiny wolę jednak mój mix octowy.

Mix opracowałam na dwa sposoby. Pół na pół z ciepłą wodą, plus kilka kropel olejku eterycznego, lub zalewam w słoiku skórki po cytrusach i dopiero po kilku dniach doprawiam z wodą.
I tak śmierdzi - i tak nic mnie to nie obchodzi. Ważne, że się nie duszę.

Do kuchni, zwłaszcza gdy rodzina w zasięgu węchu, zrobiłam płyn na bazie  ciepłej wody z kwaskiem cytrynowym. Do tego kilka kropel olejku mandarynkowego, mały zraszacz i dwie lniane ściereczki, które mam w schedzie po babci. Kuchnia czysta, a ja w krótkim czasie wolna jak dzikie prosię.

Własne dziecko namówiłam na piling z fusów od kawy, zmieszanych z olejem kokosowym nierafinowanym. Dziecko zachwycone. Piling można urozmaicać według uznania cukrem trzcinowym lub solą morską, w zależności w jakim smaku życzycie sobie być wieczorem :)

Dodatkowo zapadłam ostatnio na kosmetyki mineralne. Na razie jestem w fazie testów, jak znajdę świętego graala to się podzielę zachwytem.

Gażeciara

Na nowy rok 2018 kupiłam sobie soniczną szczoteczkę do zębów. Dentysta namawiał mnie na elektryczną, ale że ma się kolegów gadżeciarzy, któr...