Zawsze byłam miwisistą.
Nie bałaganiarzem, lubiłam mieć rzeczy na swoim miejscu, ale generowałam nieład i chaos niechęcią do roboty.
Za to kurz mi nie wadził. Pełna symbioza.
Potrafiłam w epicentrum sprzątania znaleźć zapomnianą książkę i budziłam się parę godzin później. Wciąż w totalnym bałaganie, głodna, zmarznięta i z pełnym pęcherzem.
Zmieniałam się już na swoim. Powoli. Gdy dziecko podrosło a rodzina przestała się wtrącać.
Najpierw żywiołowo znienawidziłam stare meble, przepełnione szafki kuchenne, skorupy z czasów Gierka, po jednym z kompletu. Zaczęłam wyrzucać, albo wynosiłam do pracy, gdzie zawsze był niedobór naczyń kuchennych.
Punktem zwrotnym okazał się generalny remont mieszkania, gdy trzeba było cały nabój spakować i przeprowadzić. Zastanowiło mnie, ileż do cholery można mieć rzeczy? Precz mię z tym!
Trójpodział wymyśliłam sama - a później przeczytałam o nim w poradnikach :)
- do śmieci.
- do oddania/sprzedania
- będę nosić
Kupiłam worki próżniowe i rzeczy typowo sezonowe zasysam na naleśniki oraz chowam wysoko i głęboko w szafach.
Walczę z zakupoholizmem gadżetów kuchennych. A każdy pierdolniczek jest taaaaki pięęękny!
Nie obchodzę radosnych, komercyjnych świąt wszelakich, wiec nie ma w moim domu 10 tysięcy ozdóbek. Rodzina mi ostatnio pomogła, bo nie chcieli choinki a światełka zawiesiliśmy na biblioteczce i karniszu.
Lubię światełka więc to co chcę mieć w domu - robię sama. Dowodem są moje maniactwa z instagrama.
A teraz zapadłam na lesswaste bo w zerowaste to ja na tej planecie nie wierzę.
Podobno sensem jest droga, nie sam cel.
A droga przede mną, przed nami, długa. Więc będę zapisywać te małe kroki.
Ups :)
OdpowiedzUsuń:)
Usuń